„Skarby wasze przyjmuję...”

Lato dobiegało końca, a ziemia przechylała się coraz bardziej ku jesieni. Wielodniowe, dokuczliwe upały zdążyły wyssać wilgoć z traw, które – miast cieszyć oko świeżą, wiosenną zielenią – pożółkły. Także drzewa zrzuciły pierwsze liście, spalone słonecznym żarem. Dawno już pojawiły się na niebie sierpniowe obłoki. Każdy kolejny dzień stawał się krótszy, ustępując nocy, która nieuchronnie miała zapanować nad kolejnym półroczem. Wiatr nie niósł już ze sobą letniego ciepła, lecz wyraźnie zwiastował odmianę, zgodną z biegiem i prawami natury.

A jednak było coś niezwykłego i nieokreślonego w tym powiewie. Zdawał się on nieść ze sobą coś niedotykalnego, ale całkowicie realnego – tchnienie, które spłynęło z niebotycznych turni, przewaliło się przez morze gór, zamykające mu drogę ku dolinom, a w końcu, wypłynąwszy na wielką przestrzeń, rozlało się we wszystkich kierunkach. I tu – rzecz niezwykła – ów powiew nie został dostrzeżony przez rzesze przeklinających palące promienie słońca ludzi, ani też wykryty przez jakikolwiek przyrząd pomiarowy. Jednak każdy, kto znał to niezwykłe tchnienie, nie mógł pozostać wobec niego obojętny. A ono, przenikając człowieka do głębi, wzywało do swego źródła.

Nadszedł więc ten dzień, w którym wyruszyliśmy ku „tatrzańskim bezdrożom”. Cóż z tego, że plany wielokrotnie się zmieniły, że 3-tygodniowa wędrówka od Przełęczy Huciańskiej po Ździarską odeszła w krąg nieziszczalnych marzeń? Cóż z tego, że zamiast wielkiej improwizacji mieliśmy ściśle określony termin wyjazdu i powrotu? Cóż z tego, że nauczeni doświadczeniami z Małej Fatry i Tatr Niżnych, musieliśmy się spodziewać, że rzeczywistość okaże się o wiele mniej barwna niż wiedzeni fantazją oczekiwaliśmy? Nie pozostało nic innego, jak tylko uwierzyć, że naszą przyszłość przenika może tylko to nieodgadnione tchnienie i pogodzić się, że najmniej leży ona w naszych rękach. I wreszcie, spojrzawszy z Szerokiej Przełęczy Bielskiej ku skąpanym w obłokach, niczym w dymie kadzidła, Tatrom Wysokim, zapraszającym do udziału w swoim tajemniczym misterium, zawołać za Mariuszem Zaruskim:

Wróciłem do was, znów na was patrzę, czar piękna waszego wchłaniam całą treścią swej duszy, z miłością dotykam chropawego granitu waszych turni krzesanych, powietrzem się waszym upijam...
Skarby wasze przyjmuję...
Tatry wy Boże, niczyje...

szeroka przelecz

*     *     *

Było kilka minut przed godziną trzecią po południu, gdy zasapany autobus osiągnął Przełęcz Ździarską i żwawo staczał się w dół ku Dolinie Bielskiego Potoku, gdzie rozłożyła się największa miejscowość u bezpośredniego podnóża słowackich Tatr – licząca ok. 4 tys. mieszkańców wieś Ździar. Po krótkiej, lecz wesołej podróży z Łysej Polany, przygotowywaliśmy się do wyjścia z pojazdu. Przystanek znajdował się na wielkiej łące, w pobliżu obleganego zimą ośrodka narciarskiego. To jest właśnie Średnica – polana leżąca po części w Tatrach Bielskich, a częściowo w Magurze Spiskiej.

Nie zwlekając, bo czekała nas długa droga, którą musieliśmy przebyć, nim zapadną ciemności, skierowaliśmy się w dół doliny za znakami zielonymi. Wysoko, ponad tysiąc metrów nad nami, wznosiły się najwyższe szczyty Tatr Bielskich – Hawrań i Płaczliwa Skała. Gdzieś między bocznymi grzbietami i gmatwaniną reglowych wzniesień, opadała z Szerokiej Przełęczy Bielskiej Dolina do Regli. To właśnie ona miała nas wyprowadzić na grań.

placzliwa

Nie minęło pięć minut, gdy znaleźliśmy się w lesie, a po kolejnych dwudziestu dotarliśmy do Ptasiowskiej Rówienki, gdzie zastaliśmy jeden samochód i opuszczony budynek jedynej kasy na obszarze TANAP-u. W tym miejscu kończył się spacer. Odtąd wąska ścieżyna pięła się stromo ku górze. Jeszcze nie można było odczuć niezwykłości obszaru, jakim są Tatry Bielskie, ale im wyżej, tym góry zdawały się odsłaniać więcej swoich tajemnic. Najpierw ze zdziwieniem zauważyliśmy, że łożysko potoku do Regli jest zupełnie suche. Dnem doliny nie płynęła żadna, najmniejsza nawet strużka wody. I nie można tego było tłumaczyć tylko poprzez charakterystykę obszarów krasowych. Był to pierwszy dowód, a przyszłość przyniosła ich jeszcze więcej, że wędrowaliśmy w niezwykle suchym jak na Tatry okresie.

Z pomocą kilku kładek przedostaliśmy się przez skalną bramę na drugą stronę doliny. Niewielka polanka odsłoniła przed nami piętrzącą się po lewej stronie, charakterystyczną Opaloną Turnię. Rzedniejącym wraz z wysokością lasem zmierzaliśmy dalej, by gdzieś na wysokości 1250 metrów zarządzić pierwszy postój.

Wysoko nad nami ciągnął się łagodny główny grzbiet. Zamiast kosówki, królowały wszędzie trawy. I rzecz ciekawa – im należy przypisać złudzenie, któremu często ulegają turyści. W takim odkrytym terenie wszystko wydaje się być znacznie bliżej niż jest w istocie. Podobnie i teraz – na oko do grzbietu było jakieś 300 metrów przewyższenia, a w rzeczywistości jest dwakroć tyle! Mieliśmy okazję ulec temu złudzeniu pod wierzchołkiem Kraľovej Holi… A Tatry Bielskie ostatecznie nauczyły nas nie dać oszukać się pozorom.

W górze doliny potok ostrym łukiem omija bulaste wypiętrzenie, u stóp którego przyciągała wzrok dużych rozmiarów skalna grota. Bardziej jednak skupiliśmy się na tym, co było widać w dole. U wylotu doliny ciągnęły się zabudowania Ździaru, za nimi niepozorne grzbiety Magury Spiskiej, a jeszcze dalej cieszyła oczy charakterystyczna sylwetka Trzech Koron. Debatowaliśmy z ożywieniem, czy długi grzbiet, ciągnący się na prawo od wspomnianego masywu, to już Beskid Sądecki, ściśle pasmo Radziejowej, czy też Małe Pieniny… Po dłuższej obserwacji musieliśmy stwierdzić, że to drugie jest bardziej prawdopodobne.

Minął dobry kwadrans, nim padło hasło do wymarszu. Powoli zdobywaliśmy wysokość i po pewnym czasie las ustąpił miejsca niższej roślinności. W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie szlak wraca na prawą stronę doliny. Tam też przydarzyło nam się pierwsze na szlaku spotkanie (nie licząc dwóch osobliwych par, na które natknęliśmy się na samym początku podejścia Doliną do Regli). Głosy, mówiące w naszym ojczystym języku, słyszeliśmy już kilka chwil. Rozejrzawszy się po okolicy, zlokalizowaliśmy wkrótce ich pochodzenie. Nie minęła minuta, gdy spotkaliśmy trzy dziewczyny, idące w towarzystwie ubranego z góralska w filcowy kapelusz, lekkie kierpce i dzierżącego ciupażkę, dość podeszłego w latach przewodnika. Po uprzejmym pozdrowieniu góral zagadnął:

– Dokąd to zmierzacie, chłopcy.

– Do Zielonego Stawu – odpowiedzieliśmy.

– Do Chaty Kieżmarskiej?

Hm… Chata Kieżmarska leżała nad Białym Stawem i spłonęła pod koniec lat sześćdziesiątych… Ale może w starych kręgach przewodnickich jej nazwa przeszła na schronisko przy Zielonym Stawie Kieżmarskim? Nie namyślając się nad tym, odpowiedzieliśmy:

– Tak.

– To spokojnie dojdziecie za dnia – ocenił przewodnik. – A po drodze przyjrzycie się jeszcze kozicom.

– Tutaj, w tej dolinie, czy po drugiej stronie grani? – dopytywaliśmy się.

Góral zmrużył chytrze oczy i odpowiedział:

– Tu, tam, na trawkach, w żlebach… Pojedyncze kozły i całe stada. Dosłownie włażą w obiektyw – tu spojrzał ku dziewczętom, które przytakująco pokiwały głowami, dając do zrozumienia, że zrobiły użytek z fotograficznego sprzętu. A przewodnik ze znawstwem dodał jeszcze:

 – Tam rosną całe łany litworu, który kozice lubią... A i można z niego litworówkę przyrządzić.

Wymieniliśmy jeszcze kilka zdań i pożegnaliśmy się z grupą. Nie spodziewaliśmy się jeszcze, że natura w Tatrach Bielskich aż tak szeroko otwiera przed człowiekiem swoje podwoje…

Dolina w swojej górnej części wypłaszczyła się. Przed nami, w odległości 2-3 kwadransów drogi, wznosiło się siodło Szerokiej Przełęczy. Po prawej, zamykając ciągnące się ku górze połacie traw, strzelał w niebo niepozorny z tej perspektywy wierzchołek Płaczliwej Skały. Mimo że wiedzieliśmy, iż znajduje się co najmniej 500 metrów nad nami, wydawało się, że po 20 minutach można by nań dotrzeć. Znów to złudzenie…

Nie musieliśmy długo czekać, by pośród głazów, nieopodal szlaku, dostrzec charakterystyczny brązowy kształt. A więc jednak – pierwszy kamzík. Chwilę później, po drugiej stronie doliny, ukazały się nam trzy mniejsze, opasłe, futrzaste stworzenia. Odtąd przy samej ścieżce napotykaliśmy co jakiś czas charakterystyczne „dziury”. To właśnie takich nor poszukiwali dawni kłusownicy, by grzebść w nich dla pozyskania tłuszczu ze świstaka, uchodzącego za lekarstwo przeciw wszelkim dolegliwościom. Świstaków więcej nie zobaczyliśmy, natomiast gdzie się nie obejrzeć – wszędzie pasły się kozice. I to nie tylko pojedyncze sztuki, stojące na grani i dumnie wyprostowane, przez co ich kształt ostro rysował się na tle nieba, albo bez lęku przypatrujące się z odległości kilkunastu kroków trzem intruzom, którzy ośmielili się wtargnąć na ich teren. Na trawiastych zboczach Szalonego Wierchu raźno wspinały się całe stada tych zwierząt! Zdawać się mogło, że wstąpiliśmy w inny świat, w którym byliśmy tylko niewiele znaczącymi gośćmi.

kamzik

W uroczystej ciszy osiągnęliśmy przełęcz. Tam, po drugiej stronie, mieliśmy ujrzeć wreszcie Tatry Wysokie.

Na nic zdają się tu słowa, ani nawet utrwalone na fotograficznej kliszy obrazy. Te cuda, które ukazały się nam przed oczami, nie dadzą się zawrzeć w najbogatszym literackim opisie, w najwspanialszym obrazie, ani nawet w najbardziej nastrojowej muzyce. I jeśli już pokusić się o ubranie tego widoku w słowa, to chyba najtrafniej powiedzieć, choć to i tak nieskończenie mało, „nieskazitelne piękno”. Na pierwszym planie przyciągała wzrok śmiała sylwetka Jagnięcego Szczytu, pierwszego w grani Tatr Wysokich. Za nim, na poły zanurzone w chmurach, wznosiły się szczyty Kieżmarski, Kołowy, Lodowy, a po prawej w głębi, Tatry Polskie od Świnicy po schodzący ku Dolinie Białki grzbiet Wołoszyna. Chylące się ku zachodowi słońce oświetlało wszystko ciepłym blaskiem, zabarwiając zrudziałe murawy szczególnym i trudnym do nazwania, ale niewątpliwie pięknym odcieniem...

Zapominając chwilowo o późnej porze, wpatrzeni w ten niezwykły krajobraz, zatrzymaliśmy się powyżej przełęczy na krótki popas. Rozgrzani długim podejściem, z opóźnieniem odczuliśmy chłód wczesnego wieczoru. A tarcza słoneczna, zniżająca się coraz to bardziej nie pozwalała na dłuższy pobyt w tym niezwykłym zakątku.

Ścieżka początkowo wznosiła się południowymi zboczami Szalonego Wierchu w kierunku Głupiej Przehyby. Po drodze przewinęła się przez kilka niewyraźnych żeber i żlebików. W jednym z nich niemal wpadliśmy na skubiącą trawę kozicę. Ta w mgnieniu oka uciekła do stojącej kilka metrów wyżej towarzyszki, po czym obie obróciły się w naszą stronę i ze zdziwieniem lustrowały nieznanych przybyszy jasnym wzrokiem, w którym jednak nie odczytaliśmy wyrzutu.

To był jednak dopiero początek spotkań ze zwierzętami, niezaprzeczalnie gospodarującymi w tej okolicy. Dwie kozice, pozujące do zdjęcia z masywem Jatek w tle, grupki liczące kilka sztuk, jak gdyby nigdy nic pasące się przy szlaku, wreszcie jakiś samotny osobnik, dumnie wznoszący łeb ku wierzchołkowi Jagnięcego Szczytu… Takie przywitanie zgotowały nam Tatry, napełniając nadzieją, że natura i w najbliższych dniach łaskawie odsłoni przed nami swe kolejne cuda.

Szlak, osiągnąwszy szeroką grzędę, jął żwawo obniżać się ku Przełęczy pod Kopą. Spojrzeliśmy ku dolinom Zadnich i Przednich Koperszadów, po czym pospiesznie, gdyż słońce zniknęło już za horyzontem, podeszliśmy ku Wyżniej Przełęczy pod Kopą. Tam rozpoczynała się Dolina Białych Stawów Kieżmarskich… Po pół godzinie zapadł zmrok, a niedługo potem ciemnogranatowe sklepienie nieba rozjaśniły niezliczone miriady gwiazd.

*     *     *

Przepastne, bez mała kilometrowej wysokości urwisko Małego Kieżmarskiego Szczytu, złociło się w brzasku wschodzącego dnia, gdy śniadaniem przy Zielonym Stawie Kieżmarskim rozpoczynaliśmy dzień. Ponad taflą jeziora, poza wspomnianą już imponującą ścianą, piętrzy się charakterystyczna sylwetka Jastrzębiej Turni. Wiele opowieści można by snuć o tym pięknym tatrzańskim zakątku – dość wspomnieć, że był on celem pierwszej „turystycznej” wycieczki w Tatry już w XVI wieku...

I naszą opowieść można by snuć długo, na wiele stronic... Czekał nas długi marsz, więc – posiliwszy się – ruszyliśmy w stronę Rakuskiej Czuby, pierwszego na trasie naszej wędrówki szczytu Tatr Wysokich. A potem... Ile wrażeń dostarczyło popołudnie, gdy opuszczaliśmy dolinę Małej Zimnej Wody, przekraczając Czerwoną Ławkę, by zejść do Doliny Staroleśnej i następnego ranka podziwiać zdawałoby się czyste złoto, z którego wykuto ściany Sławkowskiego Szczytu i Staroleśnej! Jak by tu nie opisać szczegółowo zejścia z Rohatki i panoramy z Małej Wysokiej, a potem uroku Wielickiego Stawu?... Czemuż by zrezygnować z podzielenia się zachwytem nad Doliną Złomisk, widzianą tylko z daleka, przy zejściu z Osterwy, Stawami Hińczowymi i zadziwiająco niepozornie przedstawiającymi się z ich brzegów Mięguszowieckimi Szczytami, wreszcie – tajemniczą Doliną Hlińską i pogrążonymi w ciszy Ciemnymi Smreczynami?!

lawka

Szóstego dnia znaleźliśmy się wczesnym rankiem na Liliowem. Z wielu możliwych obraliśmy kierunek na wschód. Całkowicie świadomie. Poprzednie dni, a także całe, najdłuższe w życiu, bo pomaturalne, wakacje przygotowały nas, by nasza wędrówka wiodła także Orlą Percią...

Po trzech godzinach znajdowaliśmy się już za Zawratem. Ale nie na grani Koziego Wierchu, lecz w skałach Nowego Zawratu, a po niedługim czasie opuściliśmy skalisty teren i niespiesznie obniżaliśmy się ku Dolinie Gąsienicowej...

W takich właśnie chwilach rozpoczyna się rozmowa. Nasycone widokami oczy nie błądzą już po okolicznych szczytach. Znużony umysł nie chłonie tak pożądanej przezeń na co dzień ciszy. Fantazja nie wybiega ku przyszłości – bliższej lub dalszej – tworząc kolejne, coraz to bardziej osobliwe plany. W takich chwilach nie budzi się wcale świadomość osiągnięcia większego lub mniejszego celu, ambitnego, czy zupełnie banalnego, która miałaby w przyszłości zaowocować chełpliwymi przechwałkami. Nie rodzi się smutek i melancholia – skutek zmęczenia albo niespełnienia snutych w tajemnicy planów... Nie tryska również niespożyta energia, która – nie mając już gdzie ujść – mogłaby pchnąć do głupoty...

W takiej jednak rozmowie rodzi się coś o wiele większego... Coś, co pisarz nieudolnie pragnie ubrać w słowa, muzyk w melodię... Coś, co nie wybrzmiewa, ale mimo to towarzyszy każdemu słowu rozmówców.

Podobnie toczyła się i nasza rozmowa. Gdy jednak opuściła te tajemnicze tory, padły wreszcie słowa, które w końcu nawiążą do tematu opowieści...

*     *     *

– Wygląda na to, że w tym roku nie zagościmy w Roztoce... – odezwałem się do Michała i Pawła – i Przełęcz pod Chłopkiem będzie musiała zaczekać.

Po przejściu Orlej Perci w planach mieliśmy zejście z Krzyżnego do Pięciu Stawów i nocleg w Roztoce, by następnego dnia, skoro świt, wyruszyć „na Przełęcz”.

– Co zrobić? Jeśli wieczorem ma nadejść front, to na siłę nie będziemy zostawać w Tatrach – racjonalnie skomentował sytuację Michał.

Rzeczywiście, po kilku pogodnych dniach nadchodziło załamanie pogody.

Zapadła chwila milczenia, po której odezwał się Paweł:

– Może to i dobrze... Będzie gdzie przyjechać zimą. Jeden dzień nad Czarny Staw, kolejny do Pięciu Stawów, może też Kozi...?

Nie spodziewaliśmy się, że przyszłość nada słuszności tym słowom, choć w specyficzny sposób. Co prawda nie w komplecie, ale mieliśmy rzeczywiście zagościć w Roztoce w zimowej scenerii. Co prawda kalendarzowo było to jeszcze lato, ale każdy, kto wyruszył w Tatry 20 września 2012 roku musiał odczuć tchnienie zimy... A kolejnego dnia, gdy ustały zawieje, a niebo nabrało koloru błękitu...

My jednak, znalazłszy się wreszcie nad Czarnym Stawem Gąsienicowym, wspominaliśmy zeszłoroczne kilka dni w Tatrach... Najpierw wypad na Gęsią Szyję, kolejnego dnia Szpiglasowy Wierch... Nie przeszkadzało nam ruszyć z Roztoki na Nosal i Sarnią Skałę... Za to czwartego dnia skoro świt ruszyliśmy nad Morskie Oko, by po czterech godzinach spojrzeć na nie z wierzchołka Rysów... Na koniec – a jakże – miała być Orla Perć. Ale spojrzenie z Zawratu ku nadciągającej burzy nakazało nam odwrót... A po dwóch godzinach, świadomi, że to ostatnia okazja podziwiania tatrzańskich panoram, z Kępy chłonęliśmy widok na Tatry Wysokie. Nie mogliśmy odwrócić spojrzenia od Lodowego Szczytu, nad którym kłębiła się niewielka chmurka, nadając szczególnego piękna temu masywowi.

lodowy

I pomyśleliśmy sobie: może za rok...?

Tak jak mgła, przesłaniająca widok ze szczytu, tak i umknęły wspomnienia wyprawy sprzed roku. Rozmowa skierowała się ku tatrzańskim schroniskom... i nie tylko. Bo najpierw debatowaliśmy nieco o kolebach, gdzie na posłaniu z „kosodrzewu” nocowali pierwsi tatrzańscy wędrowcy... W tle tej rozmowy zdawały się rozbrzmiewać słowa piosenki – „Ballady z gór” – która mówi o „zeszłorocznym czasie”, „posłaniu z liści buczynowych”, ale w końcu przyprowadza wędrowca do schroniska, z którego „bije jeszcze baśni blask”...

Pośród tych wierszy przed oczami najczęściej pojawiało się schronisko, pamiętające pierwsze wyprawy Mariusza Zaruskiego z Pogotowiem, „Skalne lato” Wawrzyńca Żuławskiego, wśród tego zaś wszystko to, co my sami zapamiętaliśmy.

– Wrócimy za rok – postanowiliśmy.

*     *     *

I rzeczywiście. W zimowej aurze, 21 września 2012 roku, z grani Tatr Zachodnich zeszliśmy do Zakopanego, by popołudniem zjawić się na Palenicy Białczańskiej. Po godzinie przekroczyliśmy progi pachnącego świeżością schroniska. Trochę obawialiśmy się, czy ta nowość nie zagłuszy tego, co jeszcze brzmiało w duszy nam, a pewnie i wielu innym miłośnikom Tatr… Ale nic bardziej mylnego. 15 minut w ławie ponownie przywołało znaczące słowa: „tu króluje zeszłoroczny czas…”.

Nazajutrz, po niecałej godzinie marszu, ujrzeliśmy upragniony widok oprószonych świeżym śniegiem, imponujących jak zawsze potęgą, Mięguszowieckich Szczytów...

*     *     *

Pociąg raźno wznosił się w zakrętach ku stacji Pyzówka... Spoglądaliśmy z utęsknieniem ku południu, gdzie jednak, zamiast poszarpanego łańcucha szczytów, widzieliśmy tylko kłębowisko szarych chmur. Wkrótce przekroczyliśmy Przełęcz Sieniawską. Grzbiety Beskidów zamknęły nam, i tak zakrytą, panoramę Tatr.

Odtąd można jedynie przywołać w pamięci obraz gmatwaniny szczytów i zachwycać się, podobnie jak na Szerokiej Przełęczy przed tygodniem, i nie inaczej niż Mariusz Zaruski przed wiekiem...

Hen, daleko, w niebieskawej mgle szczyt jeden, drugi, skale zęby, uskoki, turnie ścięte krzesanicami, żlebiska potworne, mrokiem swoich czeluści ziejące w doliny, białe węże śniegów, kłębiące się nad piargami w ucieczce przed słońcem; Lodowy, Kieżmarski, Ostry, Staroleśna, a bliżej olbrzymi Garłuch – stary baca, pozierający na cały kierdel szczytów pomniejszych...
Znajome, znane i ukochane Tatry Boże... niczyje...

Tomasz Papciak

 

Dupówa

GENEZA
Dzwoni telefon.

– Co tam, Roziu?
– Cześć, Franiu. Jedziesz w Tatry? Na wspin?
– Ma być dupówa.
– Jedziesz, czy nie?
– Jadę.

START
Dwa dni po tej zażartej dyskusji meldujemy się z Rożkiem na Palenicowym parkingu. Późny wieczór, pogoda wybitna, wali śniegiem, a przy tym ciepło, 1-2 stopnie na plusie. Pod butami lodowisko.

– Mówiłem, że będzie dupówa.
– Przetrze się.

No pewnie, że się przetrze, przecież w Tatrach zawsze jest ładna pogoda. Majdan z auta wędruje do worów. Dostały mi się dwa, a Rożkowi cięższy. Połowa światła czołówki ginie na garbie plecaka, sięgającym czubka nosa. Idziemy po ślizgawce.

Człowiek tak naprawdę dopiero na tego rodzaju podejściach zdaje sobie sprawę, jak bardzo fajny jest ten asfalt. Ukryty. Gdzieś. Głęboko. Pod lodem. Już po stu metrach podejmujemy decyzję, że uciekamy zaopatrzeniówką do Roztoki.

To jest niesamowite, po tej szklance nie da się iść. Śnieg zaczął padać dopiero dziś rano, nie zdążył utworzyć warstwy z jakimkolwiek tarciem. Pół godziny później zobaczyłem światełko schroniska w Roztoce.

A Roztoka jak zwykle przytulna do zwariowania. A do jutra na pewno się przetrze.

PODEJŚCIE

– Nie jest źle – oświadcza Rożek.

Nie wiem, na czym to polega, że zawsze ten, co ma prowadzić, ma rację, w szczególności, kiedy nie ma. Walący od wczoraj śnieg zrobił już pierwszą część roboty i stworzył warstwę puchu na lodzie. Przez noc spadło jakieś 20-30 cm i cały czas sypało.

Wysokość przyniosła mrozik, poranek rześki. Śniadanie w przytulnej do zwariowania Roztoce, wymarsz. Ściana śniegu w czołówkach. Asfalt dużo lepszy, warto było poczekać tych kilka godzin półsnu.

Mijamy uśpione Moko, uciekamy w prawo.

Podejściu ceprostradą towarzyszy standardowy striptiz. Przeskok tętna z sennego na marszowe wymusza pozbycie się puchówki i kominiarki na rzecz buffa i polaru.

– Franek, co ty robisz?
– Idę, idę, nie mogę puchówki przypiąć.
– Gdzie ty ją przypinasz?
– Do plecaka, a do czego mam ją przypiąć? (Zaproponowałem, do czego, ale ktoś to będzie czytał.)
– Schowaj do środka.
– Nie, już przypiąłem.
– Który to ten Próg Mnichowy?
– Nie widać jeszcze, musimy skręcić w stronę Szpiglasowej.

Schodzimy ze szlaku, torujemy. Podejście pod Próg Mnichowy na start drogi Wesołej Zabawy (M4) wymaga wejścia w rozległe żlebisko, opadające spod miejsca, gdzie ucieka szlak na Wrota Chałubińskiego. Po kolana, po krocze, po pas, po szyję. I cały czas sypie. Pływam, śnieg wlazł mi już wszędzie. Na szczęście jesteśmy już prawie pod ścianą. Zimno. A Rożek prowadzi, to zmarznę jeszcze bardziej.  Chyba czas ubrać się w...          

– ROŻEK, kurwa!
– CO?!
– NIE MAM PUCHÓWKI!
– Mówiłem: wsadź do środka!
– Mówiłeś.
– To co?
– Nic, idę jej szukać, a ty się szpej.

Ze zsuwającym się spod butów śniegiem dochodzę do miejsca, gdzie ją przypiąłem. Nie ma. Przepadła, pewnie już dawno ją zasypało. Czarna, nie do zauważenia w tatrzańskim zimowym black & white’cie. Mój berghausik za miliardy. Miałem go na sobie dwa razy. Odechciewa mi się wszystkiego. Cholerna dupówa. No, ale ten tam został pod ścianą. Znowu do góry. I znowu trzeba torować, bo ślad jest już tylko miłym wspomnieniem. Wracam. Łącznie godzina w plecy.

Start drogi jest w miejscu, koło którego żleb, gdzie stoimy w śniegu po szyję, przechodzi w komin. Z komina na głowę leci nieustanna kaskada białego pyłu.

– Bierz moją puchówkę. Ja sobie dam radę bez, bo i tak prowadzę. Przecież nie olejemy wspinu z tak błahego powodu. Trzeba się wspinać!
– Tia.

DROGA WESOŁEJ ZABAWY
Poszedł. Kaskada śniegu, lecąca mi na głowę z komina, łączy się z kaskadą spod jego dziab i raków. Szarpie się, ale mija kolejne metry. Przechodzi kluczowe miejsce wyciągu i znika za przewieszką. Wreszcie słyszę upragnione: „MAM AUTO!”.

– WYBIERAJ!
Wygrzebuję plecak spod śniegu, leży go na nim 30 cm; wyciąg Rożka – 20 min.
– IDĘ!

Wyszarpując kolejne przeloty i szukając oparcia na dziaby, przeklinam pyłówki, trawki, kamienie, szczelinki, zaparowane gogle i śnieg za kołnierzem. CHOLERNA DUPÓWA.

Jestem przy Rożku. Stanowisko na kosówce. Kolejny wyciąg idzie skośnym trawersem w lewo. Poszedł, a ja klnę na ból, towarzyszący powrotowi krwi do palców, które wreszcie puściły się kurczowo trzymanych dziabek.

– O!
– CO?
– NIC! ZNALAZŁEM TRICAMA! – słyszę ucieszony głos Rożka.
– JAK ZNAJDZIESZ JESZCZE DWA – DAJ ZNAĆ, ZWRÓCI MI SIĘ ZA PUCHÓWKĘ!
– HE HE. JA SWOJĄ KUPIŁEM W SZMATEKSIE.

Kiedy piszę te słowa, moja nowiuteńka puchówka ze szmateksu wisi już na wieszaku w przedpokoju.

– MAM AUTO!

Idę. Przyjemny wyciąg, w ogóle jakoś tak przyjemniej, pomijając bezustanną kaskadę pyłówek i coraz mocniej sypiący śnieg wokoło.

Trzeci wyciąg. Rożek wybiera całą linę.

– KONIEC LINY!!!

Słyszę stłumione: „...mać!”.

– NO DOBRA, MAM AUTO!

Aż się boję, co on tam za stan urzeźbił, ale idę. Jestem sztywny jak na przyjęciu w ambasadzie, mróz daje się we znaki. Podziabałem, podziabałem, znowu jestem przy Rożku. Rożek patrzy w dół.

– No dobra. Trochę kiepski będzie ten zjazd.
– Jaki zjazd? Mamy 20 metrów do góry i jesteśmy na progu, przy szlaku letnim.
– No tak, ale jeszcze Rysa Strzelskiego.
– Rożek... pogięło cię? (użyłem innego słowa niż „pogięło”)
– Nie, a co?
– Jest trzynasta. Warun jest do dupy. Jest grudzień, za trzy godziny będzie noc. A ty chcesz robić jeszcze jedną drogę, tak?
– Tak.
– No dobra.

Osadził frenda, wbił haka, obciążył.

– Patrz, jak się hak zachowuje, jak ja go nie wyrwę, to ty też nie. Ale frenda zabierz, jak będziesz jechał.

Pojechał. Hak dobrze siedział. Na oko.

– LINA WOLNA!

Widok oddalającego się przełamania liny na jednym haku był, delikatnie mówiąc, niekomfortowy.
Dojeżdżam do Rożka. Stoi na niewielkim trawersie z zaklinowanymi dziabami.

– Gdzie masz stan?
– No właśnie nie mam.
– Co?
– Lina się skończyła, a tu nie ma z czego zjechać. Ale tam, dwa metry w prawo, coś jest, widzisz?
– Widzę.
– Ciągnij za niebieską. I potem idź za mną.

Wybrałem sznurki i poszedłem żywcować za Rożkiem. Faktycznie, znalazł tam coś na kształt występka skalnego, na którym można było zawiesić zjazd. I pojechał.

– LINA WOLNA!

Pojechałem.

Stan z kosówki. Rożek wystartował.

– LINA WOLNA!

Pojechałem. Wreszcie przyjemny zjazd z dobrego stanu, pancerna kosóweczka. W końcu raki zagłębiają się w odmętach śniegu nawalonego do żlebu.

Jesteśmy pod ścianą.

Torujemy po szyję do początku Rysy Strzelskiego. Jest 14:30.

RYSA STRZELSKIEGO
– ...I na dodatek jest dupówa!
– Dobra, zrób zjazd. Miękkie faje z nas. Zrobiliśmy tylko jeden wyciąg i już uciekamy... (użył innego słowa niż „uciekamy”).

EPILOG
Wracaliśmy już w świetle czołówek. Liczyłem, że jeszcze gdzieś w nim mignie mi plakietka „Berghaus”, co musiałoby oznaczać, że któryś z wystających ze śniegu czarnych kamieni jest moją puchówką. Ale nie mignął. W przytulnej do zwariowania Roztoce makaron z sosem pomidorowym smakuje jak nigdy. Rożek wyjmuje skitrane w plecaku browarki.

– To co robimy jutro?
– Ja nie wiem, Roziu. Jest dupówa.
– Spokojnie. Przetrze się.

dupowa end

Franek Bukowski

______________________________________________________

Subiektywny słowniczek slangu taternickiego

Ceprostrada – potoczne określenie szlaku od schroniska w Morskim Oku do Szpiglasowej przełęczy. Wzięło się z jego wygody i szerokości, kosztem elegancji i wkomponowania w stok.

Dupówa – potoczne (i niezbyt eleganckie) w środowisku górskim określenie brzydkiej pogody.

Dziaby – krótkie techniczne czekany wspinaczkowe. W odróżnieniu od czekanów turystycznych, dziaby są zakrzywione na kształt szponów. Praktycznie nie nadają się do asekuracji na dużych śnieżnych zboczach, ale wielokrotnie lepiej niż czekany sprawdzają się we wspinaniu. Dziab używa się dwóch jednocześnie, stanowią przedłużenie rąk.

Hak – podobnie jak kość, rodzaj klina do osadzania w szczelinach skalnych. Również służy jako przelot.

Kluczowe miejsce – najtrudniejszy technicznie punkt na danym wyciągu (patrz: wyciąg) lub całej drodze.

M4 – jeden ze stopni w zimowej skali trudności taternickich. M wzięło się od „mix” – wspinanie zimą w Tatrach to zabawa w mieszaninie błota, lodu, kamieni i śniegu, więc trudno tu o bardziej trafną nazwę. Skalę podajemy, zapisując M i cyferkę arabską (opcjonalnie po cyferce + lub - ). Im wyższa cyfra, tym trudniej.

Mam auto! –skrót od „Mam autoasekurację”. Dla asekurującego oznacza, że prowadzący skończył wyciąg i asekuruje się sam na stanowisku. Można wtedy przestać asekurować, rozgrzać paluchy i – po wybraniu reszty liny przez prowadzącego – zacząć się wspinać.

Moko – Morskie Oko, na ogół w kontekście schroniska.

Próg Mnichowy – ściana położona poniżej właściwej turni Mnicha, wysoka na ok. 200 m, opadająca na północny-wschód ku dnu Mnichowego Kotła.Przelot – punkt asekuracyjny w ścianie; ma wyłapać prowadzącego w razie odpadnięcia od ściany. Zazwyczaj wyłapuje.

Tricam – rodzaj kości wspinaczkowej. Kość – przyrząd skonstruowany do klinowania go w sprzyjających punktach na drodze wspinaczkowej. Po wpięciu do niego liny, służy jako przelot (patrz: przelot).

„Trzeba się wspinać” – zwrot którego używa Rożek, odpowiadając na większość pytań, łącznie z tymi w rodzaju: która godzina i co jadł na śniadanie.

Wyciąg – zazwyczaj jedna długość liny podczas robienia drogi taternickiej. Długość większości dróg w Tatrach mierzy się ilością wyciągów. Idący jako pierwszy wybiera długość liny, wspinając się, drugi marznie. Gdy pierwszy znajdzie dogodne miejsce, zakłada stanowisko, a drugi dochodzi do niego, asekurowany od góry. Wtedy wyciąg jest skończony. Potem czynność się powtarza.

Żywcowanie – wspinanie się bez jakiejkolwiek asekuracji. 

20 lat minęło...

Dwadzieścia lat – to dużo czy mało? Zależy. Jeśli tyle musi poczekać nasze marzenie na realizację – to wieczność.

Mniej więcej 20 lat temu razem z przyjacielem weszliśmy na Rysy. Od słowackiej strony. Widoki – przepyszne. Już wtedy postanowiłam, że wrócę tu, ale tak po polsku, od strony Morskiego Oka.Lata mijały i jakoś nie składało się, mimo tego, że w Tatry jeździliśmy w miarę regularnie. Ciągle coś było nie tak: a to byłam w ciąży, a to pogoda nie taka, a to nie mam z kim pójść…W tym roku już na wiosnę postanowiłam, że w sierpniu znowu stanę na Rysach. I tak się stało – wiara góry przenosi.

Ale po kolei.

Zaczęłam od rezerwacji noclegu w Roztoce dla naszej pięcioosobowej rodziny. Udało się, ale tylko na 2 noce… Mąż miał 2 tygodnie urlopu (ja nie pracuję zarobkowo). Pierwszy tydzień wakacji spędziliśmy nad morzem. Potem kilka godzin w samochodzie – chyba ponad siedem. Nocleg w domu i znowu dzień w podróży – tym razem ponad 9 godzin. Godzinny spacer z parkingu w Palenicy do schroniska, a trzeciego dnia – na Rysy. Tak, tak, ja wszystko wiem – tak się nie robi. Należy najpierw  przyzwyczaić organizm do innych warunków, trochę pochodzić, a nie tak od razu… No, ale termin w Roztoce, jeden jedyny wolny, ułożył inny scenariusz.

Jak tylko na początku lipca udało nam się zarezerwować nocleg, przystąpiłam do najważniejszego – do przekonania mojego męża, że moja wymarzona, samotna wyprawa na szczyt marzeń to naprawdę dobry pomysł.

Żona: Kochanie, chcę w tym roku pójść na Rysy.

Mąż: Nie zgadzam się, masz trójkę dzieci, które cię potrzebują.

Żona: Ale ja wrócę do ciebie i do dzieci. A poza tym – ja zawsze wracałam z moich wypraw cała i zdrowa.

Mąż: Sama tam pójdziesz na te Rysy?!

Żona: Tam pewnie będzie tłum ludzi, więc nie sama.

Mąż: Ja wiem, jak ty chodzisz po górach. Twoja rodzina do dzisiaj o tym opowiada.

Żona: rzynajmniej mają o czym rozmawiać na imieninach. Nie martw się, będzie dobrze. Poradzę sobie.

Mąż: No, nie wiem...

Przed wyjazdem na wakacje pojechałam do specjalistycznego sklepu kupić sobie buty w góry, bo Rysy zobowiązują. Ale nie było akurat mojego rozmiaru. No, to pozostają moje poczciwe buty do biegania… Właściwie to nie powinnam się do tego przyznawać, ale co zrobić, to prawda… Tym razem nic mnie nie powstrzyma i już! Chyba tylko burza, bo przed burzą w górach czuję respekt.

19 sierpnia. Cudowny dzień. Słoneczny, ciepły – chyba nawet za ciepły.

Wychodzimy po śniadanku całą rodzinką nad Morskie Oko. I tu rozdzielamy się: mąż z naszą  trójeczką (14 lat, 10 lat i 4 latka) wyruszy po dłuższym odpoczynku nad Czarny Staw. Mnie czas nagli. Żegnamy się około godziny 10.45. W plecaku mam mapę, picie, polar i jednego banana. I kilka herbatników. No więc  w tych adidaskach, z bananem w plecaku i megaentuzjazmem wyruszam. Szukam wzrokiem takich jak ja, czyli w nieodpowiednich butach, żeby się pocieszyć, że to się zdarza, ale szybko zrozumiałam, że na tej trasie tego dnia zasadniczo turyści mają odpowiednie obuwie. Nie zniechęca mnie to, ale zaczynam się modlić: „Boże, przecież wiesz, że chciałam kupić te fajne buty, ale nie było odpowiedniego rozmiaru. Pomóż  mi, proszę, wejść i zejść bezpiecznie. Bardzo Cię proszę!”

Ludzi mnóstwo. Przy łańcuchach kolejki. Sporadycznie ktoś idzie samotnie, ale najczęściej w grupkach.

Coraz wyżej i wyżej… Zastanawiam się, jak radzi sobie mój czteroletni synek i cała reszta? Próbuję dzwonić do nich, ale są problemy z zasięgiem.

14.35 – wreszcie szczyt. Szczęście, duma, że udało się! Nadal ciepło. Jestem w bluzce bez rękawów i nie marznę. Ktoś mnie częstuje batonem. Jest rodzinnie. Wreszcie udaje mi się dodzwonić do męża i pochwalić, że jestem na dachu Polski. Oni są już nad Czarnym Stawem. Jestem z nich dumna.

Chcę robić zdjęcia, ale nic z tego. Aparat jakby nie żył. Kolejny raz tego dnia modlę się: „Dziękuję, że pozwoliłeś mi wejść. Chcę mieć zdjęcia na pamiątkę i proszę, pomóż z tym aparatem”.

Za chwilę robię fotki. Widoki, jakich się nie zapomina… Dla których chce się tu wracać. Najbardziej lubię patrzeć  na polską stronę, bo  wszystko jest niżej.

Jest cudownie. Nie chce mi się wracać. Najchętniej posiedziałabym tu parę godzin, ale z pomocą resztek rozsądku, po półgodzinnym odpoczynku, o 15.05 rozpoczynam powrót na dół. Po kilkunastu minutach dopada mnie migrena i na własnej skórze przekonuję się, że bohaterem w górach jest  nie ten, kto na szczyt wejdzie, ale ten, kto z niego z godnością zejdzie. Schodzę do schroniska w Roztoce.Wróciłam cała. Szczęśliwa. Spełniona. I wdzięczna mojemu mężowi, że pozwolił mi pójść na tę wyprawę. I mojemu Bogu, że mi pomagał i naprawdę przy mnie tam był…

Barbara Mińko

  • partnerzy20
  • patroni
  • PFR
  • ankieta