20 lat minęło...

Dwadzieścia lat – to dużo czy mało? Zależy. Jeśli tyle musi poczekać nasze marzenie na realizację – to wieczność.

Mniej więcej 20 lat temu razem z przyjacielem weszliśmy na Rysy. Od słowackiej strony. Widoki – przepyszne. Już wtedy postanowiłam, że wrócę tu, ale tak po polsku, od strony Morskiego Oka.Lata mijały i jakoś nie składało się, mimo tego, że w Tatry jeździliśmy w miarę regularnie. Ciągle coś było nie tak: a to byłam w ciąży, a to pogoda nie taka, a to nie mam z kim pójść…W tym roku już na wiosnę postanowiłam, że w sierpniu znowu stanę na Rysach. I tak się stało – wiara góry przenosi.

Ale po kolei.

Zaczęłam od rezerwacji noclegu w Roztoce dla naszej pięcioosobowej rodziny. Udało się, ale tylko na 2 noce… Mąż miał 2 tygodnie urlopu (ja nie pracuję zarobkowo). Pierwszy tydzień wakacji spędziliśmy nad morzem. Potem kilka godzin w samochodzie – chyba ponad siedem. Nocleg w domu i znowu dzień w podróży – tym razem ponad 9 godzin. Godzinny spacer z parkingu w Palenicy do schroniska, a trzeciego dnia – na Rysy. Tak, tak, ja wszystko wiem – tak się nie robi. Należy najpierw  przyzwyczaić organizm do innych warunków, trochę pochodzić, a nie tak od razu… No, ale termin w Roztoce, jeden jedyny wolny, ułożył inny scenariusz.

Jak tylko na początku lipca udało nam się zarezerwować nocleg, przystąpiłam do najważniejszego – do przekonania mojego męża, że moja wymarzona, samotna wyprawa na szczyt marzeń to naprawdę dobry pomysł.

Żona: Kochanie, chcę w tym roku pójść na Rysy.

Mąż: Nie zgadzam się, masz trójkę dzieci, które cię potrzebują.

Żona: Ale ja wrócę do ciebie i do dzieci. A poza tym – ja zawsze wracałam z moich wypraw cała i zdrowa.

Mąż: Sama tam pójdziesz na te Rysy?!

Żona: Tam pewnie będzie tłum ludzi, więc nie sama.

Mąż: Ja wiem, jak ty chodzisz po górach. Twoja rodzina do dzisiaj o tym opowiada.

Żona: rzynajmniej mają o czym rozmawiać na imieninach. Nie martw się, będzie dobrze. Poradzę sobie.

Mąż: No, nie wiem...

Przed wyjazdem na wakacje pojechałam do specjalistycznego sklepu kupić sobie buty w góry, bo Rysy zobowiązują. Ale nie było akurat mojego rozmiaru. No, to pozostają moje poczciwe buty do biegania… Właściwie to nie powinnam się do tego przyznawać, ale co zrobić, to prawda… Tym razem nic mnie nie powstrzyma i już! Chyba tylko burza, bo przed burzą w górach czuję respekt.

19 sierpnia. Cudowny dzień. Słoneczny, ciepły – chyba nawet za ciepły.

Wychodzimy po śniadanku całą rodzinką nad Morskie Oko. I tu rozdzielamy się: mąż z naszą  trójeczką (14 lat, 10 lat i 4 latka) wyruszy po dłuższym odpoczynku nad Czarny Staw. Mnie czas nagli. Żegnamy się około godziny 10.45. W plecaku mam mapę, picie, polar i jednego banana. I kilka herbatników. No więc  w tych adidaskach, z bananem w plecaku i megaentuzjazmem wyruszam. Szukam wzrokiem takich jak ja, czyli w nieodpowiednich butach, żeby się pocieszyć, że to się zdarza, ale szybko zrozumiałam, że na tej trasie tego dnia zasadniczo turyści mają odpowiednie obuwie. Nie zniechęca mnie to, ale zaczynam się modlić: „Boże, przecież wiesz, że chciałam kupić te fajne buty, ale nie było odpowiedniego rozmiaru. Pomóż  mi, proszę, wejść i zejść bezpiecznie. Bardzo Cię proszę!”

Ludzi mnóstwo. Przy łańcuchach kolejki. Sporadycznie ktoś idzie samotnie, ale najczęściej w grupkach.

Coraz wyżej i wyżej… Zastanawiam się, jak radzi sobie mój czteroletni synek i cała reszta? Próbuję dzwonić do nich, ale są problemy z zasięgiem.

14.35 – wreszcie szczyt. Szczęście, duma, że udało się! Nadal ciepło. Jestem w bluzce bez rękawów i nie marznę. Ktoś mnie częstuje batonem. Jest rodzinnie. Wreszcie udaje mi się dodzwonić do męża i pochwalić, że jestem na dachu Polski. Oni są już nad Czarnym Stawem. Jestem z nich dumna.

Chcę robić zdjęcia, ale nic z tego. Aparat jakby nie żył. Kolejny raz tego dnia modlę się: „Dziękuję, że pozwoliłeś mi wejść. Chcę mieć zdjęcia na pamiątkę i proszę, pomóż z tym aparatem”.

Za chwilę robię fotki. Widoki, jakich się nie zapomina… Dla których chce się tu wracać. Najbardziej lubię patrzeć  na polską stronę, bo  wszystko jest niżej.

Jest cudownie. Nie chce mi się wracać. Najchętniej posiedziałabym tu parę godzin, ale z pomocą resztek rozsądku, po półgodzinnym odpoczynku, o 15.05 rozpoczynam powrót na dół. Po kilkunastu minutach dopada mnie migrena i na własnej skórze przekonuję się, że bohaterem w górach jest  nie ten, kto na szczyt wejdzie, ale ten, kto z niego z godnością zejdzie. Schodzę do schroniska w Roztoce.Wróciłam cała. Szczęśliwa. Spełniona. I wdzięczna mojemu mężowi, że pozwolił mi pójść na tę wyprawę. I mojemu Bogu, że mi pomagał i naprawdę przy mnie tam był…

Barbara Mińko

zupa

Czy masz jakieś ulubione danie w Roztoce?

Gdy tylko mam okazję odwiedzić schronisko w Roztoce, to lubię wtedy zjeść zupę czosnkową. Ma tutaj niepowtarzalny smak. Polecam.

wróć do garści pytań

zima

Którą porę roku w Tatrach lubisz najbardziej i dlaczego?

W Tatrach każda pora roku ma swoje piękne strony. Osobiście najbardziej lubię zimę. O tej porze roku najbardziej czuć "surowość" Tatr. Można wtedy obserwować odwieczną walkę przyrody na każdym szczeblu o przetrwanie w tym trudnym terenie, gdzie najmniejsze błędy w przystosowaniu się do życia w tych warunkach najczęściej kończą się wyeliminowaniem. Nie można też wspomnieć o przepięknych krajobrazach, zlodowaciałych ścianach, śnieżnym kożuchu okrywającym wszystko wokół. Także zimą niektóre szlaki są prawie w ogóle nie odwiedzane przez ludzi, w Tatrach króluje wtedy przyroda. Bardzo też lubię jesień. Chyba każdy turysta wędrujący wtedy po tatrzańskich szlakach zachwyca się przepięknymi barwami jesieni dominującymi w krajobrazie. Lubię obserwować jak przyroda przechodzi powoli w stan zimowego spoczynku, jak korzystają ze swoich kilku chwil gatunki roślin, które kwitną jesienią. Niedźwiedzie i świstaki intensywnie żerują, gromadząc zapas tłuszczu przed zapadnięciem w zimowy sen. Takie zwyczajne obserwowanie tych wszystkich zjawisk, cieszy duszę każdego człowieka rozmiłowanego w przyrodzie.

wróć do garści pytań

co robić?

Co powinniśmy zrobić jak spotkamy niedźwiedzia na szlaku a nie jesteśmy w polskiej reprezentacji biegaczy długodystansowych, a za rękę trzymamy kilkuletnie dzieci?

Nie ma pewnej recepty na to, co zrobić w takiej sytuacji. Niedźwiedź jest dzikim zwierzęciem, nieprzewidywalnym. Wchodząc do Parku trzeba się liczyć i z taką ewentualnością. Jedynym rozsądnym zachowaniem się w takim momencie jest spokojne oddalenie się w przeciwnym kierunku, aż do miejsca które uznamy za bezpieczne. Miejsce w którym poczujemy się już spokojnie. Idąc z dziećmi nie powinniśmy się rozdzielać tylko wszyscy razem bez żadnych krzyków czy gwałtownych zachowań spokojnie powoli oddalić się w przeciwną stronę. Żadne próby przegonienia misia, jakieś płoszenie czy atakowanie nie wchodzi w ogóle w rachubę.

wróć do garści pytań

imiona

Czy leśnicy nadają imiona poszczególnym niedźwiedziom? Jak się nazywa ten, który mieszka w Roztoce?

Zdarzają się sytuacje, że osobnikom charakterystycznym ze względu na jakąś cechę bywają nadawane imiona. Stąd kiedyś jedna niedźwiedzica o bardzo jasnym futrze miała nazwę "siwa". Zwierzęta takie są zazwyczaj często widywane w danym rejonie i nie da się ich pomylić z innymi osobnikami. Bywały i inne imiona: Magda (słynna niedźwiedzica z przełomu lat 80-tych i 90-tych ubiegłego wieku, która będąc bardzo natarczywą w odwiedzaniu schronisk i innych miejsc ostatecznie trafiła do ZOO we Wrocławiu), Kaśka, "pięćsetka", "pięćsetjedynka" a to ze względu na nr obroży telemetrycznej jakie miały założone po odłowieniu.

W Dolinie Roztoki obecnie nie ma niedźwiedzia, co do którego można by mieć stuprocentową pewność, że to stały bywalec w tym miejscu i aby móc mu nadać jakieś imię choćby np. "Zośka".

wróć do garści pytań

niedźwiedź

Patrolując swój Obwód Ochronny Morskie Oko jesteś każdego dnia w terenie. Czy często jest Ci dane spotykać niedźwiedzia? Czy pamiętasz kiedy pierwszy raz go spotkałeś? Jak to przeżyłeś?

Niedźwiedzia nie jest łatwo zaobserwować. Często trzeba mieć po prostu szczęście. Ludzie jeżdżą w Tatry całe życie i okazuje się, że nigdy go nie widzieli a niektórzy raz przyjadą i mają taką okazję. Zdarza się i to dość często, że zwierzęta żerują tuż przy szlaku ale ludzie idąc nie zwracają w ogóle uwagi na otoczenie. Dopiero gdy ktoś wypatrzy zwierzę, błyskawicznie zbiera się tłum ludzi, jest głośno, ktoś próbuje podejść jak najbliżej z aparatem. Strażnicy muszą wtedy reagować i tonować euforię niektórych osób. Same niedźwiedzie tego nie lubią i najczęściej powoli odchodzą w kosówki czy do lasu.

Patrolując teren zwłaszcza poza szlakiem najłatwiej o spotkanie zwierzęcia. Po raz pierwszy udało mi się go zaobserwować pracując jeszcze jako robotnik sezonowy w TPN na Hali Gąsienicowej. Szedłem wtedy do pracy z Kuźnic na Kasprowy Wierch. Miś żerował intensywnie na Kasprowej Polanie. To było niesamowite wrażenie. Był wtedy około 100 metrów ode mnie. Po raz pierwszy tak blisko. Pracując na Hali miałem okazję obserwować niedźwiedzie w samej Dolinie Suchej Wody Gąsienicowej oraz na szlaku z Hali do Kuźnic, który przemierzałem codziennie w obie strony. Z każdym spotkaniem było to niezapomniane przeżycie ale zarazem co raz większy spokój podczas obserwowania bez takiej wewnętrznej chęci długiego patrzenia i przeszkadzania tylko zaobserowanie, zanotowanie miejsca spotkania, krótkiej informacji co miś robił czy żerował czy się przemieszczał i przekazania informacji starszym kolegom strażnikom. Podczas tej pracy miałem też pierwszy raz w życiu sytuację spotkać się z niedźwiedziem bezpośrednio, można powiedzieć twarzą w twarz, co zakończyło się moją bardzo szybką ucieczką z wcześniejszym wzajemnym chodzeniem po kosówkach w masywie Koszystej. Na pewien krótki czas ta sytuacja spowodowała u mnie duży strach przed niedźwiedziami, zwłaszcza gdy pracowałem sam, gdzieś daleko poza szlakiem i wiedziałem, że miś może się tu gdzieś zaraz zjawić. Ale bardzo szybko się z tego otrząsnąłem, zwłaszcza gdy spotkałem niedźwiedzia po raz kolejny i równie blisko co skutkowało kolejnym dość szybkim oddalaniem się z miejsca spotkania tym razem w lesie w okolicy Polany Waksmundzkiej. Od tamtej pory zawsze zachowuję jak największą czujność przemierzając tatrzańskie szlaki a zwłaszcza rejony poza szlakiem ale nie paraliżuje mnie już strach.

wróć do garści pytań

niepokój

Jakie zachowania turystów wprowadzają do zwierzęcego świata niepokój i zamieszanie?

W świecie zwierząt niepokój i zamieszanie wprowadzają wszelkie nieprzemyślane ludzkie zachowania. Większość zwierząt, żyjących w Parku jest do obecności ludzi przyzwyczajona zwłaszcza na szlakach i w miejscach koncentracji ludzi takich jak schroniska czy punkty zatrzymań, widokowe itp. W takich miejscach  przebywają zwierzęta, które już w pewnym sensie zatraciły swój naturalny - pierwotny instynkt i zamiast żyć dziko w lesie, czekają na ludzi i na zwyczajne dokarmianie. Lis, orzechówka, kaczka krzyżówka to najbardziej powszechne gatunki, które wręcz czekają na ludzi. To w konsekwencji prowadzi do ich smutnego końca, zwłaszcza z nastaniem zimy kiedy turystów już praktycznie nie ma i trzeba iść poszukać pokarmu w sposób naturalny.

Schodzenie ze szlaku, to główna przyczyna płoszenia zwierząt, które niejednokrotnie salwują się dziką ucieczką na oślep. Czasem kończy się to śmiercią w lawinie, upadkiem ze skały, wpadnięciem w objęcia drapieżnika. Należy tego unikać. Tym bardziej, że na terenie Parku jest ponad 270 km oznakowanych szlaków turystycznych, z których wszelkie ciekawe i piękne miejsca można zwiedzić lub przynajmniej zaobserwować. Pozostałe obszary trzeba pozostawić przyrodzie, niech króluje tam spokój i cisza, niech zwierzęta - gospodarze terenu, mogą tam czuć się jak u siebie w domu w oazie ciszy i spokoju.

Problem śmieci, o którym mowa była wcześniej to też wprowadzanie zamieszania do naturalnego funkcjonowania zwierząt.

wróć do garści pytań

zwierzaki

Marcinie, jako leśnik mieszkający nieopodal schroniska w Roztoce, w leśniczówce Wancie, znasz dobrze dolinę i jej mieszkańców. Większość z nich kryje się przed turystami w gęstym lesie. Czy możesz nam o nich więcej opowiedzieć?

Dolina Roztoki jest miejscem występowania wielu zwierząt, żyjących zwłaszcza w piętrach leśnych Tatr. Nie sposób wymienić tu wszystkich tych gatunków, bo są ich dziesiątki. Wymienię te najbardziej popularne, które większość ludzi jest w stanie rozpoznać i są dla doliny charakterystyczne.

Najczęściej możemy tutaj spotkać jelenie. Samce - byki, noszące na głowie poroże, rzadziej pokazują się w pobliżu szlaków, wolą obszary lasu nie odwiedzane przez człowieka. Łanie, czyli "żony" jeleni - byków, bardzo często spędzają całe dnie w pobliżu szlaków czy schroniska. Często prowadzą młode cielęta, zapewniając im tym większe bezpieczeństwo, licząc, że obecność ludzi odstraszy drapieżniki, dla których cielę może być łatwym łupem.

Innymi kopytnymi mieszkańcami doliny są sarny. Zwierzęta te są z jeleniami przez większość turystów mylone, zupełnie nierozróżnialne. Często ludzie widząc sarnę, myślą, że to samica jelenia. A są to dwa różne gatunki zwierzęcia. Jelenie są potężne, można je porównać wielkością z krową. Sarny są mniejsze, gabarytami ciała pasują do kozy domowej. Samiec zwany jest kozłem a samica po prostu kozą.

Zwierzęciem, które można w ciemno przyjąć, że prawie na pewno gdzieś tu przebywa jest lis. Spotkać go można bardzo często i to o każdej porze doby. Czasem próbuje dostać się do schroniska w poszukiwaniu łatwego pokarmu, niekiedy pokręci się przy turystach odpoczywających przy schronisku, a nóż ktoś mu coś rzuci do zjedzenia. Na szczęście wiedza wśród turystów odwiedzających akurat Dolinę Roztoki jest wysoka i wiedzą, że takim ewentualnym zachowaniem takiemu liskowi na pewno nie pomogą, mogą raczej zaszkodzić np. przez przekazanie jakiejś choroby, która dla lisa będzie śmiertelna. A jeżeli taki osobnik już się pojawi, to strażnicy błyskawicznie reagują, odstraszając takie zwierzę aby oduczyć go złego nawyku.

Większy krewniak lisa - wilk, także jest częstym gościem w Roztoce. Przy samym budynku schroniska nie pojawia się zbyt często ale na droga gospodarcza do schroniska czy pasmo lasu nad Białką to jego ścieżki, które często przemierza. Śladami jego obecności poza licznymi tropami w błocie czy na śniegu, są też niekiedy zabite przez watahę jelenie lub sarny, których szczątki są potem rozwlekane po dolinie przez nie same ale też przez kuny, łasice, lisy, które czasem też padają ich ofiarami. Na takiej padlinie żeruje też często orzeł przedni czy kruk, który swoim głośnym "pokrakiwaniem" pozwala strażnikom dotrzeć w takie miejsca w celu ustalenia gatunku zwierzęcia, które padło ofiarą wilków lub innego drapieżnika. Zdarzyć się może, że jeleń czy sarna nie padło łupem wilczej watahy a np. rysia. Ale to już jest oceniane na miejscu i najczęściej można określić kto był sprawcą ataku.

Nie można zapomnieć o "gaździe" tatrzańskich lasów - niedźwiedziu. Bywał, bywa i zapewne będzie bywał w dolinie, dopóki będzie istniał. Wizyty niedźwiedzia w schronisku, przy śmietniku, na kuchni, w spiżarni - można by o nich opowiadać dużo. Miejmy nadzieję, że pozostanie to już tylko w opowiadaniach i misie będą takie jakie mają być - dzikie, żyjące w lesie i tam zdobywające pokarm w naturalny dla siebie sposób. Odkąd nie ma przy szlakach koszy na śmieci, czyli miejsc nęcących swym zapachem zwierzęta a zwłaszcza niedźwiedzie, odkąd pastuchy elektryczne skutecznie odstraszają zapędy niektórych osobników od prób dobrania się do kontenerów czy samych budynków odtąd panuje względny spokój i oby tak zostało. Najważniejsze aby każdy turysta odwiedzający Park zabierał razem ze sobą, każdą rzecz, każde opakowanie, które ze sobą przynosi a przyroda na pewno będzie mu za to wdzięczna.

wróć do garści pytań

O jedzeniu z głową

Wakacje są czasem, kiedy chcemy zwykle odpocząć od wielu rygorów i rytmu. Czy dbanie o odżywianie w tym czasie ma większy sens? W końcu wyjazd to tylko tydzień, może dwa...

Marcin: Nasze wybory żywieniowe zależą od motywacji, upodobań, stylu życia. Oczywiście, jak już wspomnieliśmy, sam wyjazd nie jest najlepszym okresem na zmianę nawyków żywieniowych. Natomiast po powrocie warto wykorzystać energię do realizacji marzeń i celów np. odchudzania, poprawy zdrowia i sprawności.

Michalina: Dbanie o odżywianie na wakacjach nie musi wiązać się z nieprzyjemnym rygorem. Dobrym rozwiązaniem jest stosowanie zasady „Najlepszy wybór w danym czasie”. Zamiast słodyczy możemy sięgnąć po bakalie. Zamiast hot-doga czy pizzy wybrać lokalne specjalności i regionalne produkty (choćby oscypek, o który według znawcy serów Giena Mientkiewicza nawet w górach nie jest łatwo).

Marcin: Jeśli zdrowe odżywianie jest naturalne i dbanie o ten aspekt w czasie wakacji jest dla nas ważne, to dobre wybory naprawdę nie są wielkim ciężarem. Dobrym przykładem jest zwyciężczyni transformacji kobiet 2012 (w niecałe 5 miesięcy pozbyła się 5 kg, 7,5 proc. tkanki tłuszczowej), która w trakcie naszej współpracy wyjechała na kilka dni w Tatry. Odpowiednio się przygotowała i skomponowała takie oto zestawy:

  • shake białkowy + mix orzechów (np. na śniadanie lub w drodze)
  • chleb z siemienia lnianego + sardynki z puszki + warzywa suszone + omega3
  • placki mocy + omega3
  • batoniki własnej roboty
  • mięso + warzywa suszone + komosa ryżowa
  • placki mocy + mix orzechów
  • dwa jajka + amarantus + warzywa suszone + sardynki z puszki

W międzyczasie zagospodarowała swoje 10% i wypiła lampkę czerwonego wina.

Każdy z nas powinien obrać najlepszą dla siebie ścieżkę odżywiania, także w górach. Taką, która nie tylko zapewni odpowiednią dawkę energii, ale będzie możliwa do zrealizowania bez konieczności wprowadzania stresującego rygoru i ograniczeń.

Sztuka żywienia w górach - spis treści

Wakacyjne diety

Niektórym turystom zależy, by na górskich szlakach zostawić za sobą kilka niechcianych kilogramów. Czy wyprawy w góry to dobry moment, by zacząć się odchudzać?

Marcin: Dla większości osób górskie wycieczki są formą odpoczynku od codzienności, wolności i beztroski. Z kolei zmiana nawyków żywieniowych jest formą nauki i wymaga trochę zaangażowania i minimum uwagi. Na wakacjach lepiej cieszyć się chwilą, być „tu i teraz” czyli w górach, a rozpoczęcie odchudzania zostawić na czas po powrocie. Jeśli czas „na lądzie” przeznaczymy na naukę skutecznych nawyków, to następnym razem przyjedziemy w góry w znacznie lepszej formie, zdrowsi, sprawniejsi, bez zbędnych kilogramów.

A jeśli już mówimy o spadku wagi, to w trakcie kilkutygodniowych górskich wypraw jest on dość typowy i, o ile nie jest skorelowany ze spadkiem sprawności czy chorobą, to wskazuje na naturalny proces adaptacji organizmu.

Sztuka żywienia w górach - spis treści

Dzieci

Turystami, którzy wykazują się na szlakach wyjątkową energią, są dzieci. Czy ich dieta powinna się czymś różnić od jedzenia dorosłych?

Marcin: Dzieci różni od dorosłych między innymi zapotrzebowanie na energię, składniki odżywcze oraz szybszy metabolizm. Maluchy potrzebują jeść częściej niż dorośli, a niektóre nie wyrażają głodu i pragnienia wprost, są za to osłabione, marudne. W prowiancie małych podróżników pierwszeństwo mają całe, pełnowartościowe posiłki, a nie pojedyncze produkty. Nie należy co chwilę podawać dziecku kolejnej przekąski: batonika, banana, ciastek. Planujmy częstsze przerwy, w których usiądziemy na chwilę i zjemy świadomie, bez pośpiechu pełnowartościowy posiłek.

Michalina: Dobrze, aby w górskim prowiancie zarówno dorosłych jak i dzieci znalazły się produkty takie jak dobrej jakości ser (np. oscypek), gotowane jajka, ryby (np. sardynki z puszki), przygotowane wcześniej kawałki mięsa, orzechy i pestki, pokrojone owoce i warzywa, ugotowany amarantus, własnej roboty batoniki musli czy ciastka owsiane. Prowiant przygotowujemy przed wyjściem na szlak i pakujemy w szczelnie zamykanych plastikowych pojemnikach i torebkach.

Sztuka żywienia w górach - spis treści

Schabowy z piwem na dobranoc?

Wycieńczeni całodzienną wyprawą, podczas uroczystej kolacji powinniśmy zjeść... schabowego i zapić go litrem piwa?

Michalina: To zależy od planów na następny dzień oraz naszych celów. Taki posiłek można oczywiście wpisać w zasadę „planuj z wyprzedzeniem swój sukces i odstępstwa od planu”, wedle której 10% posiłków może być niezgodne z zasadami SZTUKI ŻYWIENIA. Poza tym należałoby się zastanowić, czy następnego dnia po zjedzeniu wielkiego schabowego i wypiciu litra piwa będziemy mieć energię do dalszej wędrówki? Jeśli tak - świetnie, smacznego. W przeciwnym wypadku lepiej wybrać coś innego.

Sztuka żywienia w górach - spis treści

Roztoka międzywojenna

Jednym z ważniejszych gospodarzy okresu międzywojennego była rodzina Grabowskich. Do Roztoki zjeżdżali najwięksi Taternicy, by stąd ruszać na podbój niezdobytych jeszcze grani. Dowiedz się więcej o tych niezwykłych czasach...

Wszystko o piciu

Jak na ostrym podejściu zaschnie nam w gardle to co, ile i kiedy najlepiej pić? Niektórzy twierdzą, że pije się tylko na szczycie. Z kolei inna szkoła uczy, by pić zawsze gdy organizm się tego domaga.

Marcin: Płyny to najważniejszy element naszego górskiego prowiantu. „Na lądzie” w dni aktywne potrzebujemy mniej więcej 2-3 litry wody. W górach to minimum 3 litry, ale ilość płynów zależy od masy ciała, stopnia wysiłku fizycznego, poziomu nawodnienia, temperatury otoczenia. Generalnie powinniśmy pić regularnie (np. co 15-40 minut popijać 300-500 ml wody i / lub napoju izotonicznego), małymi łykami, nie czekać, aż pragnienie da o sobie znać. Takie rozwiązanie sprawdza się w 95% przypadków.

Istnieją wyjątki od reguły. Niektórzy w trakcie wysiłku piją niewiele, nic nie jedzą, a mimo tego są w świetnej formie. Taki stopień wytrenowania organizmu to rzadkość. Przykładem jest „przyzwyczajony do wstawania 3.00 w nocy, do wyjścia o 5.00 rano i do walki przez cały dzień bez jedzenia i picia” Denis Urubko. Tylko trzeba mieć świadomość, że mało kto jest w tak świetnej formie, natomiast już niewielkie odwodnienie zmniejsza wytrzymałość, siłę, koordynację i funkcje poznawcze.

Woda to podstawowy płyn. Ze względu na wyższą zawartość soli mineralnych najlepiej sprawdzi się woda średnio i wysokozmineralizowana, która może posłużyć także do rozpuszczenia innych płynów.

A może na szlaku będziemy mogli się napić wody wprost ze źródła?

W trakcie ciężkich górskich wycieczek i innych długich wysiłków najlepiej sprawdzają się napoje izotoniczne uzupełniające m.in. elektrolity i węglowodany. Przykładowo, w 500 ml wody rozpuszczamy 30-40 g węglowodanów (glukoza, maltodekstryna) lub gotowy izotonik w proszku czy vitargo. 250 ml takiego napoju popijamy co 15-30 minut. Czasem warto dodać ½ łyżeczki soli. Ciekawostką jest, że modna ostatnio woda kokosowa stanowi naturalny odpowiednik napoju izotonicznego. Szkoda tylko, że kokosy nie rosną w Polsce.

Według przeprowadzonych badań dodanie białka do napoju wspomaga regenerację, zmniejsza bóle mięśni i wzmacnia układ immunologiczny. Może to być 30 g węglowodanów i 15 g białka rozpuszczonych w 600 ml wody na każde 60-90 minut intensywnego wysiłku. Oczywiście ilość składników i proporcje podlegają indywidualizacji.

Sztuka żywienia w górach - spis treści

 

Energetyczne dopalacze

Czy powinno się mieć ze sobą jakiś energetyczny „dopalacz” na nieprzewidzianą utratę sił? Przyjęło się, że w górach taką rolę pełni czekolada albo landrynki?

Marcin: Nagłe spadki energii mogą być konsekwencją np. odwodnienia, długiej przerwy pomiędzy posiłkami, wycieńczenia lub przetrenowania, choroby, która wcześniej nie dawała o sobie znać i wielu innych. Jeśli jesteśmy zdrowi, odpowiednio przygotowani, spożywamy posiłek co 2-4 godziny, w międzyczasie pijemy wodę i/lub napój izotoniczy (albo białkowo-węglowodanowy), to taka sytuacja nie powinna mieć miejsca.

W przypadku nagłego spadku energii sprawdzi się wszystko, co szybko podniesie poziom cukru we krwi: czysta glukoza, cukier, cukierki. Pamiętajmy jednak, że jest to rozwiązanie tylko i wyłącznie awaryjne. Jeśli nie zjemy posiłku w ciągu 30-45 minut, poziom cukru znów spadnie i zabraknie energii do dalszej wędrówki.

Michalina: Często zapominamy, że niespodziewany spadek energii może nastąpić również wskutek wypicia tzw. „energy drinków” zawierających kofeinę i cukry proste. Po gwałtownym wzroście poziom cukru może nastąpić równie szybki spadek, który uniemożliwi kontynuowanie wycieczki. Co ciekawe, duża ilość mocnej bardzo słodkiej herbaty lub kawy może nieść podobny skutek.

Sztuka żywienia w górach - spis treści

Śniadanie

W poważniejsze trasy rusza się zwykle o świcie. Jak powinno wyglądać nasze śniadanie?
Czy jajecznica na boczku na start to dobry pomysł?

Marcin: Śniadanie to ważna kwestia, ponieważ - o ile jest zbilansowane - pomaga odbudować zasoby energetyczne i wyregulować poziom cukru we krwi. Po 8–14 godzinnym nocnym poście zasoby glikogenu (magazynu najszybciej dostępnego paliwa w postaci wielocukrów) są silnie uszczuplone. Dodatkowo rano mamy najwyższy poziom kortyzolu - katabolicznego hormonu stresu, który w nadmiarze obniża regenerację. Wszystkie te „problemy” rozwiązuje śniadanie. Dostarczone rano składniki decydują o poziomie neurotransmiterów przez resztę doby. Neurotransmitery można porównać do kurierów, którzy przekazują ważne informacje. Cząsteczki związku chemicznego przenoszą sygnały pomiędzy komórkami nerwowymi. Dobry posiłek uwalnia dopaminę, acetylocholinę, wyostrza umysł i energetyzuje, a to bezpośrednio przekłada się na wytrzymałość i szybkość podejmowania decyzji w trakcie górskiej wycieczki.

Jedni wolą zjeść na śniadanie owsiankę, drudzy jajecznicę. Faktycznie, wiele osób czuje się lepiej po posiłku zawierającym jajka niż po produktach zbożowych obfitujących w węglowodany. Po prostu, część z nas efektywniej czerpie energię z tłuszczu, inni z węglowodanów. Do tej drugiej grupy zaliczają się osoby bardzo szczupłe (niski proc. tkanki tłuszczowej), o dobrej wrażliwości insulinowej.

Aby upewnić się, do której grupy należymy, warto zawczasu przeprowadzić „test śniadaniowy” na tolerancję węglowodanów. Wstajemy rano i odpowiadamy sobie na pytanie: w skali 0-10, jak oceniam wyjściowy poziom energii? 10 oznacza mnóstwo energii, 0 - czujemy się fatalnie. Następnie jemy śniadanie zawierające dużą ilość węglowodanów np. płatki owsiane z owocami czy kanapki z miodem. Po godzinie powtórnie oceniamy samopoczucie.  Jeśli mamy ochotę na drzemkę, to oznacza, że prawdopodobnie lepiej sprawdzi się posiłek o mniejszej ilości węglowodanów np. jajecznica, mięso czy ryba z warzywami i orzechami. Jeśli jednak jesteśmy pełni energii (9-10) i gotowi, by wspiąć się na szczyty, węglowodany są odpowiednim źródłem energii. Niezależnie od wybranej opcji należy pamiętać o porcji białka. Zawarte w nim aminokwasy są prekursorami neurotransmiterów, pomagają wyregulować poziom cukru we krwi, sprzyjają regeneracji.

Wracając do pytania, czy jajecznica to dobry pomysł na start? Oczywiście! Jeśli po zjedzeniu jajecznicy, omleta czy gotowanych jajek mamy mnóstwo energii do 2-4 godzinnych wędrówek, to warto od nich rozpocząć dzień.

Sztuka żywienia w górach - spis treści

 


Prowiant

Od czego warto zacząć myślenie na temat górskiego prowiantu?

Michalina: Nasz górski prowiant zależy między innymi od tego, gdzie i na jak długo się wybieramy. Jedziemy na 2-3 dni, a może parę tygodni?  Planujemy całodniowe wędrówki z ciężkim plecakiem, pojedyncze wejście na szczyt czy krótsze, mniej wymagające wycieczki? Będziemy przede wszystkim gotować sami, czy stołować się w schronisku? Co można wybrać z menu?

Marcin: Powinniśmy przemyśleć, co zmieści się w plecaku. Najpierw pakujemy rzeczy niezbędne, w tym płyny . Później zastanawiamy się, ile jedzenia zdołamy zabrać. Pierwszeństwo mają produkty o wysokiej gęstości energetycznej, żywieniowej i dłuższym okresie przechowywania takie jak orzechy, nasiona, suszone owoce i warzywa, suszone mięso, napój węglowodanowo-białkowy, suszone warzywa i ryby w puszkach. Następnie sięgamy po żywność, które musimy zjeść najszybciej: gotowe mięso, świeże warzywa i owoce.

Często w górskim prowiancie znajdują się produkty przetworzone takie jak słodycze, czekolada, co jest naturalne, ponieważ w małej objętości dostarczają dużą ilość energii i do tego najszybciej zaspokajają nasze „zachcianki”. Jedzenie tego typu żywności w czasie górskich wycieczek ma swoje uzasadnienie, w przeciwieństwie do ich nadmiernego spożycia „na lądzie”. Wiadomo, że słodycze i tak są łatwo dostępne. Warto się raczej zastanowić, po jakie prawdziwie wartościowe jedzenie sięgniemy.

Sztuka żywienia w górach - spis treści

Szczegóły konkursu

termin nadsyłania prac: 1.07–30.09.2013 r.

adres do nadsyłania opowieści: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

format pracy: Opowieść powinna znajdować się w pliku tekstowym, zaś zdjęcia prosimy przesyłać jako oddzielne załączniki

data ogłoszenia wyników: 5.10.2013 r.

nagroda: zwycięska praca w każdej z czterech kategorii będzie nagrodzona weekendem w Roztoce (pobyt od piątku do niedzieli) dla dwóch osób

do wykorzystania w okresie pozasezonowym od 6.10.2013 do 29.05.2014 (po wcześniejszej rezerwacji miejsca).

Redakcja serwisu schroniskoroztoka.com.pl będzie publikować wybrane Opowieści. W miarę konieczności zastrzega sobie prawo do skracania ich treści.

W razie jakichkolwiek dodatkowych pytań piszcie naTen adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Powodzienia!

wróc do strony o konkursie

Czym jest opowieść

Głos oddajemy polskiemu podróżnikowi:

Wyprawa nabiera sensu, kiedy się z niej powraca i zaczyna ją komuś opowiadać. Wcześniej jest tylko osobistym doświadczeniem wędrowca; na pewno rozwijającym, ale wszystko to marność, jeśli nie posłuży innym. Wielu jest podróżników przeżywających rzeczy niezwykłe. Sycą się swymi osiągnięciami, chwalą wyczynem, brylują medalami, ale nie tworzą Opowieści. Możemy ich podziwiać - tylko tyle. Mało. Bo kiedy siadają w kręgu znajomych, by opowiadać, opowiadają o sobie - ich przygody, ich wspomnienia, ich wyprawy... Toną wśród zachwyconych achów i ochów, a daleki świat, który przedeptali, nie przybliża się do nas ani o krok. Przeciwnie - staje się jeszcze bardziej niedostępny i egzotyczny. A powinno być inaczej - tak jak bywało dawniej, gdy każdy powracający w wyprawy (odkrywczej, wojennej...) był winien Opowieść tym, którzy czekali.

Opowieści mają Moc. (Różnią się bardzo od pospolitej relacji na temat: „Co się z nami działo, kiedy nas nie było".) Zostawiają ślady na duszy słuchacza. Identyczne do tych, które powstałyby w tobie, gdybyś to przeżył na własnej skórze. Słuchając Opowieści, jesteś tam i wtedy, czujesz to, co czuli obecni tam i wtedy, a to, co usłyszałeś, nie trafi na strych wspomnień, lecz bezpośrednio w mięsień twoich przeżyć, w żyłę uczuć i do bagażu osobistych doświadczeń. […]

Tak więc wyprawa nabiera sensu, gdy zamienia się w Opowieść, a początkiem Opowieści jest szczęśliwy koniec wyprawy.

Wojciech Cejrowski, Rio Anaconda

wróc do strony o konkursie
zapoznaj się z dodatkowymi szczegółami konkursu

 

 

Patroni medialni


taternik
     etatry    zakopaneportal logo

 logo planetagor     portalgorski     podhale24   malopolskapl


Otopodhale
   serwisgorski  egory     Logo PT logo